Artystka, którą Aleksander Bardini nazwał „dziełem sztuki”, była żywym manifestem wolności – artystycznej i osobistej. Tworząc spektakularne dekoracje sceniczne i kostiumy, zachwycała swoim geniuszem do tego stopnia, że jej bezkompromisowość (czy wręcz bezwzględność) stawała się nieistotna. U Teresy Roszkowskiej scenografia, malarstwo i odrobina poezji przenikały się, tworząc sztukę, której nigdy nie nazwano.

Urodzona dla sztuki

Urodzona w Kijowie, 23 listopada 1904 roku, wychowana w dostatku i otwartości na świat, kulturę i sztukę, Teresa od młodości buntowała się przeciwko konwenansom. Podczas gdy matka – piękna Szwajcarka o jakże poetyckim imieniu Dorothea, dawna frejlina dworu carskiego – kompletowała garderobę w Wiedniu i podróżowała do Monte Carlo, niepokorna córka malowała paznokcie na zielono, nosiła futro z małpy i opierała się każdej próbie wciśnięcia jej w ramy szeroko pojętej „przyzwoitości”.

Podziwiam. I tak sobie myślę, że dawniej kobiety zostawały artystkami (jeśli, szczęśliwie, urodziły się obdarowane jakimś talentem), bo dla kobiet oryginalnych wybór ograniczał się do zostania artystką, wariatką lub istotą unicestwioną. Roszkowska miała to szczęście, że po prostu urodziła się dla sztuki – wybór był więc prosty.

Teresa nie uchodziła za klasyczną piękność, ale konwencjonalne piękno nie było jej do niczego potrzebne. Z czasem stworzyła własną definicję piękna. Postrzegano ją jako egzotyczną. Jej magnetyzm był niezaprzeczalny. Smagła, raczej interesująca niż słodko czarująca, w oczach miała jakąś tajemnicę. Czy kreowała się, czy po prostu była? Z pewnością twórcza, w żadnym wypadku odtwórcza, nie tylko manifestowała artystyczną wolność, ale i „czyniła sztukę”.

Najszczęśliwszy czas w życiu

Piękny świat państwa Roszkowskich – świat sztuki, poezji i zachwytów – runął wraz z początkiem rewolucji. Gdy NKWD przyszło aresztować ojca, ten uciekł, zabierając syna. Młodziutka Teresa wraz z matką została w Kijowie. Musiała kraść drewno ze skonfiskowanej fabryki ojca, by mieć czym palić w piecu. Sprzedawała wszystko, co dało się spieniężyć. To też była sztuka – sztuka przetrwania.

Rodzina zjednoczyła się w 1922 roku. Osiedlili się w Warszawie – najpierw wynajmując pokoje, aż w końcu w 1927 roku zamieszkali na Saskiej Kępie przy ulicy Obrońców 15. Teresa nigdy już nie zmieniła adresu, a z czasem stała się jedną z najbarwniejszych postaci nadwiślańskiej, może i najbardziej artystycznej dzielnicy. W Warszawie panna Roszkowska zaczęła rozwijać swoje talenty. Uczyła się rysunku u słynnego malarza Władysława Galimskiego, brała lekcje u Konrada Krzyżanowskiego, chodziła do Konserwatorium Muzycznego i Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie trafiła pod skrzydła Tadeusza Pruszkowskiego. To z nim i grupą zwaną Szkołą Warszawską jeździła na letnie plenery w Kazimierzu Dolnym. Mówiła później, że był to najszczęśliwszy czas w jej życiu.

Teatr i sztuka

W latach 1934-36 studiowała w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie. Już nie tylko malowała obrazy, ale i zajęła się projektowaniem scenografii teatralnych oraz kostiumów. Tak oto połączyła swoje dwie miłości – sztukę i teatr. Współpracowała między innymi z Teatrem Polskim, warszawskim Teatrem Ateneum oraz Teatrem Nowym w Łodzi.

Jako scenografka nie starała się odtwarzać rzeczywistości. Teatr miał być teatrem, a scenografia według Roszkowskiej miała akcentować teatralną konwencję. Styl Teresy był wyjątkowy i szybko stała się jedną z najbardziej cenionych scenografek – zwłaszcza po otrzymaniu złotego medalu na Wystawie Światowej w Paryżu, w 1937, za „Baśń krakowską”.

Mimo geniuszu, nie była skłonna do kompromisów. Gdy reżyser próbował zmienić jej wizję scenograficzną, wypędzała go ze sceny. Gdy aktorki narzekały na kostiumy, nazywała to „histeriami i fanaberiami”. Nawet uwielbiana Elżbieta Barszczewska wielokrotnie padała ofiarą artystycznej bezwzględności Teresy Roszkowskiej. Jej wizje uznawano za genialne, choć bywało, że przyćmiewały same spektakle. Pracowała z największymi: Schillerem, Wiercińskim, a w 1978 roku z Dejmkiem przy „Zemście”. Gdy pod koniec lat 70. uznała, że teatr nie spełniał już jej standardów, odeszła i nie dała się namówić na powrót.

Skupiła się na obrazach w swojej pracowni na Saskiej Kępie. Jej dzieła, pełne fantastycznych architektur i jaskrawych kolorów, zapisała Muzeum Narodowemu.

Kolorowy Ptak

Po śmierci rodziców mieszkała sama w willi przy Obrońców 15. Była samotniczką oddaną sztuce, teatrowi i zwierzętom. Barwna, nieco ekscentryczna na tle poszarzałej rzeczywistości PRL, w koku ze szpilą i z pekińczykiem na smyczy, na Saskiej Kępie stała się legendą. Codziennie kupowała kilogramy ryb i litry mleka, by nakarmić bezdomne koty błąkające się po uliczkach dzielnicy.

Gdy jesienią 1992 roku znajoma zwróciła jej uwagę na bezpieczeństwo, artystka odpowiedziała: „Przecie ja nic złego nikomu nie zrobiła”. Niedługo potem, w nocy z 24 na 25 października 1992 roku włamywacze zamordowali Teresy Roszkowską w jej domu. Śledczy ustalili, że niemal do końca walczyła z napastnikami. Nie chcę, by pamięć o niej była zawłaszczana przez okoliczności jej śmierci. Byłoby pięknie, gdyby częściej przedstawiano ją jako bezkompromisową artystkę i Kolorowego Ptaka, a nie bohaterkę true crime.